O ile niegdysiejszy kardynał Joseph Ratzinger, obecny papież Benedykt XVI, nie pozostawił w mowie pożegnalnej wątpliwości dokąd odszedł Jan Paweł II, o tyle w przypadku Stanisława Lema jakiejkolwiek pewności mieć nie możemy. Chaos towarzyszył ostatniej drodze pisarza.
Pogrzeb odbył się wczoraj w południe na pięknie położonym cmentarzu na Salwatorze, u stóp Wzgórza bł. Bronisławy. O godzinie 11:26 pod kaplicę cmentarną zajechał karawan. Poczułem lekki niesmak, kiedy na oczach gapiów, tuż przy frontowym wejściu, bez krzty szacunku wyładowano z auta urnę z ciepłymi jeszcze prochami pisarza. W kaplicy atmosfera skupienia i wyczekiwania. Skupienie wyraźniej wyczuwam po prawej stronie obiektu, gdzie w linii wąskich ławeczek ulokowała się rodzina i przyjaciele artysty. Wśród nich dostrzegam zasmuconą twarz Wisławy Szymborskiej. Lewa strona zdominowana jest przez dygnitarzy. Kolejno zjawiają się: były i obecny rektorzy Uniwersytetu Jagiellońskiego, Franciszek Ziejka i Karol Musioł, prezydent Jacek Majchrowski, przedstawiciele Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i wielu innych. Wśród tej grupy żałobników mocniej wyczuwam oczekiwanie. Ukradkowe rozmowy, przeglądanie zawartości telefonów komórkowych, pozowanie do zdjęć, czy wreszcie nerwowe spoglądanie na zegarek, to mało budujący obraz kaplicy na dziesięć minut przed pogrzebem. Katafalk, na którym ustawiono urnę tonie w wieńcach i wiązankach. Na szarfach napisy: Wydawnictwo Literackie, Koledzy z Tygodnika Powszechnego, Stasiowi przyjaciel...Przynoszący kwiaty ludzie często nie wiedzą jak się zachować. Wyławiam ich szepty pełne pytań o to czy lepiej stać, czy uklęknąć, czy wypada pomodlić się, czy tylko pokłonić. Mija południe. Na ambonie pojawia się ojciec Jan Andrzej Kłoczowski.Po jego prawej stronie, lekko z tyłu, ustawia się liczący szesnaście osób chór. Z ambony płyną słowa ewangelii o tym, że „...cokolwiek uczyniliście jednemu z moich braci, mnieście uczynili...”. Chór odśpiewuje pieśń. Zapada milczenie. Ojciec Kłoczowski długo zastanawia się jak poprowadzić uroczystość. Nie może celebrować nabożeństwa żałobnego, bo tego nie życzył sobie zmarły, nie może też zaprosić do wygłaszania mów pożegnalnych, bo tego nie chce rodzina, więc jak? „W każdym pożegnaniu jest jakaś nadzieja”- zaczyna. Dalej jest o tym, że żegnamy dzisiaj świętej pamięci Stanisława Lema, przy czym kładzie szczególny nacisk na słowa „świętej pamięci”, ponieważ na taką właśnie pamięć zasługuje człowiek, w którym była pasja prawdy, pasja poznania świata i kosmosu. Na koniec stwierdza, że musimy się wstawić za pisarzem u Boga, który być może znajdzie dla niego jakieś miejsce w niebie. Jeszcze jedna pieśń w wykonaniu chóru i ceremonia przenosi się na zewnątrz. W obecności kilkuset osób, nie mieszczących się wcześniej w kaplicy, urna z prochami zmarłego zostaje złożona w grobowcu, na którym po chwili wyrasta góra kwiatów. Cisza, ostatnie skinienia głową przed kryptą i ludzie pojedynczo, lub w małych grupkach powoli wracają do codziennych zajęć.
