Jest ósmy września 2005. Prezydent Rosji Władimir Putin i Kanclerz Niemiec Gerhard Schroder świętują powołanie konsorcjum rurociągu bałtyckiego. Rozpoczyna się kolejny odcinek gazowego serialu, w którym Polska niezmiennie obsadzana jest w drugoplanowej roli. Odżywają dawne lęki wśród obywateli i niedokończone spory wśród polityków. Nie znam nikogo, kto choć raz nie zadałby pytania: „Co z tym gazem”. I chociaż sytuacja wydaje się być patowa, dogadują się przecież ponad naszymi głowami, nie potrafię nie dostrzegać pozytywów zaistniałego stanu rzeczy. Sprawa nabiera międzynarodowego rozgłosu. Czasy, kiedy energetyczny szantaż traktowany był jako wewnętrzna sprawa Rosji zdają się należeć do przeszłości. W styczniu Ukraina wychodzi zwycięsko z konfrontacji z rosyjską polityką energetyczną. Kwiecień przynosi wystąpienie wiceprezydenta USA Dicka Cheney`a i otwartą krytykę prób wykorzystywania przez Rosję monopolistycznej pozycji dostawcy gazu do szantażowania Europy. Unia Europejska jest rozdarta. Z jednej strony nie brakuje w Komisji Europejskiej głosów o potrzebie dywersyfikacji w polityce energetycznej i konieczności budowania gazociągów uniezależniających Europę od dostaw z Rosji, z drugiej nie brakuje jednak polityków pokroju Schrodera, czy Berlusconiego, przedkładających partykularne interesy nad dobro Wspólnoty. Pokutuje brak wspólnej polityki zagranicznej Unii, oraz wspólnej polityki bezpieczeństwa. Tymczasem rurociąg jest faktem, jest przypieczętowaniem „braterstwa” rosyjsko-niemieckiego, chociaż to nie rządy, a spółki powołały go do życia. Dr Roland Goetz z niemieckiej Fundacji Nauki i Polityki mówi o konieczności oddzielania polityki Putina, od polityki Gazpromu, który pod rządami Aleksieja Millera ukierunkowany jest na maksymalizację zysków. Trudno zgodzić się z powyższą tezą, zważywszy, że Gazprom nazywany jest „przedłużoną ręką Kremla”, a sam Putin szykuje się na fotel prezesa spółki. Gazprom to firma, w posiadaniu której znajduje się 16% zbadanych zasobów rezerw gazowych świata, to firma, która przynosi Rosji do 20% jej zysków z eksportu, to firma za pomocą której prezydent Rosji chce sprawować kontrolę nad źródłami surowców dla światowej energetyki. Ale jest także druga strona medalu. Według agencji Renaissance Capital, Gazprom to „niewydolny moloch”, „kolos na glinianych nogach”.To firma zatrudniająca 330 tysięcy ludzi i posiadająca 150 tysięcy kilometrów gazociągów, to firma, która potrzebuje 11 miliardów dolarów rocznie na utrzymanie zdolności przesyłowych, a 60 miliardów na niezbędną odbudowę i wzmocnienie konkurencyjności. Gazprom takich pieniędzy nie ma. Przez długie lata traktowany był jak „dojna krowa Kremla”, a w stosunku do niego nie była prowadzona jakakolwiek długofalowa polityka. Potrzeba dokapitalizowania spółki realizowana jest między innymi budową gazociągu bałtyckiego. Dzięki niemu Rosjanie będą mogli zwiększyć dostawy do Europy. Gazociąg omija Ukrainę i Białoruś, wzrośnie więc bezpieczeństwo dostaw. Rosjanie zakładają w całej Europie firmy dystrybucyjne, co zwielokrotni ich zyski. Dotąd zarabiali na eksporcie, teraz czerpią korzyści z rozprowadzania i sprzedaży gazu w Europie Zachodniej. Gra jest warta świeczki, bowiem różnica pomiędzy ceną gazu eksportowanego, a sprzedawanego do odbiorców w Anglii, Francji, Włoszech, czy Niemczech wynosi aż 500%. W tym zwolennicy rosyjskiego gazu widzą bezpieczeństwo dostaw. Twierdzą, że Rosjanie nigdy nie zaprzestaną dostaw gazu, który sami następnie rozprowadzają. Niemcy chętnie wpuszczają Gazprom na rodzimy rynek, bowiem wdzięczni Rosjanie zezwalają im na eksploatowanie i poszukiwanie nowych złóż, a także dopuszczają do strategicznych inwestycji o krociowych zyskach na przyszłość. Mowa o Syberii, Dalekiej Północy, oraz dnie Morza Kaspijskiego. Do roku 2030 zainwestowanych ma zostać 330 miliardów dolarów, co stanowi równowartość dwóch pełnych budżetów Rosji!
A co Polska? Polska dostała ostrzeżenie, które musi mądrze spożytkować. Rurociąg bałtycki nieznacznie obniża bezpieczeństwo energetyczne kraju, jednak nie grozi jego paraliżem. Bądź co bądź, gaz będzie trafiał do Niemiec, a więc do naszego partnera w ramach Unii Europejskiej. Z rurociągu niezadowolone są niemal wszystkie kraje bałtyckie. Dużo łatwiej będzie teraz podjąć dialog o alternatywnym gazociągu omijającym Rosję, prowadzącym przez Litwę, Łotwę, Estonię (gazociąg Amber). Powrócił pomysł wybudowania w Polsce gazoportu dla tankowców z Nigerii, Algierii, czy Dubaju. Port taki mógłby przyjmować do 5 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie, co odpowiada zużyciu przez zakłady chemiczne, energetyczne i huty łącznie. Dodatkowym atutem portu jest jego koszt, szacowany na 500 milionów euro, co stanowi raptem jedną szóstą ceny przeciętnego gazociągu. Pieniądze chcą wyłożyć banki arabskie i fundusze inwestycyjne. Warto pomyśleć o uporządkowaniu magazynów surowcowych tak, by spełniały wymogi międzynarodowe i przede wszystkim zapewniły faktyczne bezpieczeństwo w razie realnego kryzysu. Ostatnie doniesienia prasowe przynoszą informację, że zarobić możemy nawet na samym gazociągu bałtyckim. Odszkodowania z tytułu zniszczenia środowiska naturalnego Bałtyku sięgać mogą 10 miliardów euro. Wiele wyzwań przed rządem. Mądra i co ważniejsze konsekwentna polityka z całą pewnością może zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne na długie lata, czego wszystkim rodakom szczerze życzę.
