Fred
Freda napisałem na konkurs. To historia totalnego przegrywa, mówiąc językiem młodzieżowym. Tekst okazał się na tyle fajny, że zostałem laureatem konkursu i w nagrodę spędziłem twórczo czas na warsztatach pisarskich we Wrocławiu. Materiału jest dużo, więc może w przyszłości książka zamiast opowiadania. Wydawca zachęca...

Wiele rze­czy można było po­wie­dzieć o Fre­dzie, jed­nak nie to, że był miłym go­ściem. Życie za­pra­wi­ło go. Miał twar­dą skórę, przez którą nie prze­ni­ka­ły ludz­kie uczu­cia i twar­dą dupę, po któ­rej obe­rwał mi­lion razy. Miał pięć­dzie­siąt pięć lat i do nie­daw­na jedną tylko na­mięt­ność – ru­let­kę, na któ­rej chęt­nie prze­grał­by duszę, gdyby można ją było wy­mie­nić na że­to­ny. W życiu nie prze­pra­co­wał uczci­wie jed­ne­go dnia. Zaraz po woj­sku, za ko­mu­ny jesz­cze, za­czął han­dlo­wać wa­lu­tą. Nie­dłu­go po tym od­krył ka­sy­no, swoją mi­łość i prze­zna­cze­nie. W sumie przez przy­pa­dek. W tam­tych cza­sach ka­sy­no było je­dy­nym miej­scem, gdzie w nocy, bez zbęd­nych ce­re­gie­li można było wy­mie­nić wa­lu­tę. Za­glą­dał tam re­gu­lar­nie, ale nigdy nie grał. Zbie­rał na pasz­port i bilet do Sta­nów. Chciał jeź­dzić tirem, a na sta­rość kupić nie­wiel­kie ran­czo. Miał już ka­pe­lusz, kurt­kę i za duże kow­boj­ki z brą­zo­wej skóry – skar­by z ciu­chów. W pe­wien gru­dnio­wy wie­czór za­miast kulić się jak pies w bra­mie, usiadł przy stole. Wyjął dwa­dzie­ścia do­la­rów i po­wie­dział: „zero szpil”. Nie wie­dział co to zna­czy, ale po­do­ba­ła mu się nazwa, którą prze­czy­tał na zie­lo­nym suk­nie. Wpa­dło dwa­dzie­ścia sześć i tak to się za­czę­ło. Trzy­dzie­ści lat póź­niej Fred miał siwe włosy i długą siwą brodę, któ­rej nigdy nie zgo­lił. By­wa­ło, że za­sta­na­wiał się jak wy­glą­da bez niej, jed­nak nigdy nie za­ry­zy­ko­wał, pa­mięć była waż­niej­sza, pa­mięć upad­ku. – Każdy je­ba­ny siwy włos na moim dur­nym pysku jest pa­miąt­ką prze­gra­ne­go dnia, to moje życie – zwie­rzał się w rzad­kich chwi­lach sła­bo­ści, zwy­kle kiedy pił. Wtedy też za­po­ży­czał się na po­tę­gę. Kiedy się­gał bruku za­szy­wał się. W od­ru­chu sa­mo­za­cho­waw­czym wy­naj­dy­wał je­le­ni, dla któ­rych grał i pie­niędz­mi któ­rych spła­cał za­cią­gnię­te długi. Wie­rzy­cie­le nie na­ci­ska­li. Mieli dom Freda, miesz­ka­nie po matce i sta­re­go merca, któ­re­go chęt­nie mu po­ży­cza­li, jak tra­fił je­le­nia na grę na wy­jeź­dzie. Nie bali się, że uciek­nie, bo i dokąd? Nie znał życia poza ka­sy­nem, nie trud­no było go zna­leźć, bo Fred nade wszyst­ko ko­chał grać. Przy tym był cha­rak­ter­ny. Mógł nie jeść, po­tra­fił nie kupić le­kar­stwa sta­rej matce kiedy jesz­cze żyła, ale dług spła­cić mu­siał. Po­ży­czał w końcu od przy­ja­ciół i po­ży­czał stale. Do Gran­da przy­jeż­dżał dwa, trzy razy do roku. Od kiedy uro­dził się Gie­nio, obo­wiąz­ko­wo w lipcu, żeby mały zła­pał jodu. Magda, matka Gie­nia, za­ry­zy­ko­wa­ła raz py­ta­nie, dla­cze­go nie Ustka, czy Dąbki – cisza, spo­kój, lep­sze plaże. Stul pysk, suko – usły­sza­ła. Ciesz się, że w ogóle. Co miał­bym robić z tobą, zwłasz­cza w nocy? Tu prz­yn­ajmniej mam ka­sy­no. Mogę za­ro­bić na to wszyst­ko. Zro­zu­mia­ła i nie py­ta­ła wię­cej. Cho­dzi­ła z syn­kiem na wie­lo­go­dzin­ne spa­ce­ry, a Fred grał.
Tego dnia „zero szpil” nie cho­dzi­ło wcale, a było już do­brze po pół­no­cy. Je­ba­ny kru­pier na złość stale rzu­cał „ósem­ko­wy”. Fred po­sta­no­wił prze­cze­kać na po­ke­rze. Tego pe­da­ła w końcu wyślą na prze­rwę, wtedy się ode­gram – my­ślał.
-Mam wiel­ką pytę! – po­wie­dział po­staw­ny męż­czy­zna w śred­nim wieku i rzu­cił karty.
-Ale co jest, chwa­li­my się, czy gramy w po­ke­ra, ko­mi­sa­rzu? – przy­ga­dał Fred.
Sie­dzą­ca z nimi przy stole ko­bie­ta za­pisz­cza­ła z ucie­chy i ob­sta­wi­ła za­kład. Męż­czyź­ni nie zwró­ci­li na nią uwagi. Ko­bi­ty w ka­sy­nie to ga­tu­nek po­śled­ni, przy­no­szą pecha. Chyba że ar­tyst­ki, te to co in­ne­go. Fred bez­na­mięt­nie śle­dził roz­da­nie za roz­da­niem w ocze­ki­wa­niu na „kolor”, może „fulla”. O „ka­re­cie” nie ma­rzył. Ostat­nią wi­dział kilka mie­się­cy temu, w do­dat­ku w te­le­wi­zji. Stara Ela, jak na­zy­wał bry­tyj­ską kró­lo­wą, je­cha­ła przez Lon­dyn z oka­zji ja­kiejś pier­do­ło­wa­tej rocz­ni­cy i po­zdra­wia­ła tych de­bi­li, swo­ich pod­da­nych. Ską­d­inąd na de­bi­lach do­brze można było za­ro­bić. Grać nie umie­li, li­czyć tym bar­dziej. Fred, je­dy­na hiena obe­zna­na z an­gielsz­czy­zną, po­tra­fił ich uro­bić, by na ko­niec złu­pić. Trze­ba go było wi­dzieć wtedy! Ka­sy­no, ni stąd ni zowąd prze­mie­nia­ło się w teatr, a Fred od­gry­wał swój mo­no­dram. Ko­chał rolę ge­ne­ra­ła po­sy­ła­ją­ce­go za­stę­py że­to­nów w bój. Kpił z wro­gów w bia­łych ko­szu­lach pod muchą i wy­zy­wał los, gdy ko­lej­ne bitwy pa­da­ły jego łupem! Pu­blicz­ność wyła za­chwy­co­na, a Fred na­pa­wał się try­um­fem i gła­dził kie­szeń wy­peł­nio­ną łu­pa­mi. De­bi­le za­bie­ra­li swoje sto pro­cent, a Fred ob­ła­ska­wiał su­ty­mi na­piw­ka­mi po­ko­na­nych kru­pie­rów i poił do rana za­chwy­co­ną pu­blicz­ność. Tak, dla tych chwil, Fred ko­chał życie! Kiedy za­dzwo­nił te­le­fon po­czuł złość. Nie lubił żeby mu prze­szka­dzać kiedy grał, zwłasz­cza ona o tym wie­dzia­ła. Mimo wszyst­ko po­sta­no­wił ode­brać. Magda od pew­ne­go czasu znowu cier­pia­ła na bez­sen­ność i prze­śla­do­wa­ły ją de­mo­ny, jak na­zy­wa­ła wspo­mnie­nia z prze­szło­ści. Li­czył, że tu nad mo­rzem wszyst­ko wróci do normy, wi­docz­nie było za wcze­śnie.
-Gie­nio znik­nął! – usły­szał i za­marł.
-Jak to znik­nął? – wy­krztu­sił po chwi­li.
-Po pro­stu, nie wiem, nie ma go – głos Magdy drżał. – Jak za­wsze przed spa­niem wy­szli­śmy po­pa­trzeć na morze. Gie­nio jeź­dził ro­wer­kiem po molo, a ja, sama nie wiem, ze­mdla­łam chyba, a jak się ock­nę­łam, już go nie było. Mo­żesz tu przyjść – po­wie­dzia­ła jesz­cze i za­nio­sła się pła­czem.
-Po jaką cho­le­rę włó­czysz się z nim po nocy, wra­żeń szu­kasz? – wy­darł się Fred.
-Nie roz­ma­wia­my przy stole przez te­le­fon! Pro­szę odejść i ci­szej, zna pan za­sa­dy – zwró­cił uwagę kie­row­nik.
Fred od­szedł, bar­dziej żeby ze­brać myśli, niż speł­nić proś­bę kie­row­ni­ka. Od­ru­cho­wo pod­szedł do baru i za­mó­wił setkę. Od na­ro­dzin Gie­nia nie pił, ale teraz nie miało to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia. Serce miał ści­śnię­te bólem, a do głowy za­kradł się strach. Co się mogło stać? I gdzie jest Gie­nio? – pytał sam sie­bie. Wy­obraź­nia roz­po­czę­ła swój nie­zno­śny ta­niec. W ko­lej­nych wi­zjach wi­dział chłop­ca wpa­da­ją­ce­go do wody, póź­niej pła­czą­ce­go i za­gu­bio­ne­go, jak wa­łę­sa się po ciem­nym mie­ście, wresz­cie wie­zio­ne­go skra­dzio­nym autem przez ludzi, któ­rzy chcą go skrzyw­dzić. Tylko kto chciał­by skrzyw­dzić Gie­nia? Był uro­czy i nie miał jesz­cze pię­ciu lat! Bez sensu. Ko­lej­ną setką prze­pę­dził precz durne myśli. To pew­nie ta suka za­ma­ru­dzi­ła z ja­kimś fra­je­rem, a mały się zgu­bił i za­snął gdzieś na plaży. Trze­ba go szyb­ko zna­leźć! Ru­szył do wyj­ścia. W drzwiach zde­rzył się z wra­ca­ją­cym z ki­bel­ka ko­mi­sa­rzem Gło­wac­kim.
-Fred, czło­wie­ku, stało się coś? Blady je­steś jak moja dupa, a wierz mi, wiem co mówię, bo słoń­ca nie wi­dzia­ła nigdy!
-Nie, chyba nie, w sumie nie wiem. Mały się za­wie­ru­szył. Muszę go po­szu­kać – cha­otycz­nie od­po­wia­dał Fred.
-Sprawdź pod koł­drą. O tej porze gno­jek po­wi­nien chra­pać, nie?
-Mi to mó­wisz! Dobra, spie­szę się – mach­nął ręką i wy­mi­nął po­li­cjan­ta.
-Jak­by co, dzwoń. W końcu wiszę ci przy­słu­gę – krzyk­nął za Fre­dem i wró­cił na salę. Idąc roz­glą­dał się z dez­apro­ba­tą. Nie cier­pię lata - burk­nął pod nosem. Ścią­ga­ją tu szu­mo­wi­ny z ca­łe­go kraju. Nawet na urlo­pie kręcą lody, hieny za­je­ba­ne. Do­strzegł Ru­bi­na z dwoma go­ry­la­mi i młodą ku­rew­ką. Temu nie ma się co dzi­wić. Po­sie­dział dwa lata, to teraz głod­ny kasy. W sumie szko­da, że wy­szedł. Su­mie­nia nie ma za grosz, ban­dzior jeden. Żeby tylko nie było kło­po­tów. Przy­jaź­nie po­ma­chał Ru­bi­no­wi i wró­cił do po­ke­ra. Rubin był czło­wie­kiem in­sty­tu­cją - jed­no­oso­bo­wym ban­kiem. Stro­nił od gry za swoje, bo to nie na jego nerwy. By­wa­ło, że do­stał parę że­to­nów na farta, to sta­wiał czer­wo­ne lub czar­ne i nie raz po­szar­pał ko­szu­lę na kru­pie­rze lub ci­snął szklan­ką o ścia­nę, kiedy we­szło od­wrot­nie do ob­sta­wie­nia. Był nie­obli­czal­ny, więc ze stra­chu to­le­ro­wa­no go. Rubin zja­wiał się w ka­sy­nie, kiedy do­sta­wał cynk, że ktoś się grubo zgry­wa. Sia­dał nie­opo­dal i po­le­ro­wał ka­mień w sy­gne­cie. Kiedy de­li­kwent wy­zby­wał się ostat­niej stów­ki, pro­po­no­wał przy­ja­ciel­ską po­życz­kę – na ty­dzień i tylko na dzie­sięć pro­cent! Pa­ła­ją­cy chę­cią ode­gra­nia się idio­ci szli na to i przez kilka ko­lej­nych mie­się­cy wy­zby­wa­li się na rzecz Ru­bi­na kosz­tow­no­ści, dzieł sztu­ki, sa­mo­cho­dów i nie­ru­cho­mo­ści. Ode­grać się nie jest łatwo, wbrew po­wie­dze­niu: „Kto gra grubo, wy­grać musi”, a pro­cent u Ru­bi­na przy­spie­szał od dru­gie­go ty­go­dnia nie go­rzej, niż bolid for­mu­ły pierw­szej. Fred śmiał się za­wsze, kiedy pod­sy­łał Ru­bi­no­wi świe­żą ofia­rę. Świa­do­mość, że nie jest je­dy­nym prze­gra­nym po­pa­prań­cem po­pra­wia­ła humor. Poza tym lubił ten idio­tycz­ny wyraz twa­rzy in­te­re­san­tów, któ­rzy po­ży­cza­jąc na ty­dzień i na dzie­sięć pro­cent, z dzie­się­ciu ty­się­cy otrzy­my­wa­li dzie­więć, z któ­rych po ty­go­dniu oddać mu­sie­li je­de­na­ście. Fred wie­rzył, że prę­dzej czy póź­niej Rubin zo­sta­nie od­kry­ty i uho­no­ro­wa­ny na­gro­dą Nobla w dzie­dzi­nie eko­no­mii. To tylko kwe­stia czasu! Lu­bi­li się, bo w pew­nym sen­sie byli od sie­bie za­leż­ni. Fred za­po­ży­czał się u Ru­bi­na, ale za­wsze od­wdzię­czał się cyn­kiem i tłu­stym je­le­niem. Rubin ro­zu­miał na­mięt­ność Freda do gry i wy­ka­zy­wał się da­le­ko po­su­nię­tą wy­ro­zu­mia­ło­ścią w okre­sach prze­dłu­ża­ją­cej się nie­wy­pła­cal­no­ści przy­ja­cie­la, co oczy­wi­ście nie prze­szko­dzi­ło mu w prze­ję­ciu ma­jąt­ku Freda. Ostat­nio wza­jem­ne re­la­cje nie wy­glą­da­ły ko­lo­ro­wo. Dwa lata temu po­sa­dzi­li Ru­bi­na, a Fred zo­stał z nie­spła­co­nym dłu­giem. Po­cząt­ko­wo my­ślał, że odda, jak tylko trafi ka­pi­tał do po­mno­że­nia, ale passę miał plu­ga­wą, a o daw­ców w kry­zy­sie wcale nie było łatwo. Póź­niej zja­wił się Brzy­twa i to jemu Fred za­czął pusz­czać cynki. Życie nie lubi próż­ni. Na py­ta­nie o Ru­bi­na usły­szał, że to hi­sto­ria i że le­piej cie­szyć się ży­ciem, więc cie­szył się. Do wczo­raj. Nie wie­dział, że Rubin wy­szedł przed ter­mi­nem i za­marł, kiedy go zo­ba­czył wcho­dzą­ce­go ze świtą do ka­sy­na. Rubin po­słał mu nie wró­żą­cy nic do­bre­go uśmiech i usiadł przy stole w dru­gim końcu sali. Fred wie­dział, że bę­dzie mu­siał się z nim roz­mó­wić, ale wolał za­cze­kać na we­zwa­nie, niż sa­me­mu ze­brać się na od­wa­gę i po­dejść. Za każ­dym razem kiedy spo­glą­dał na daw­ne­go kom­pa­na na­dzie­wał się na utkwio­ne w sie­bie lo­do­wa­te spoj­rze­nie. Biegł teraz na molo i przy­po­mniał sobie te oczy. Mój Boże, żeby to nie była praw­da – mo­dlił się w duchu. Niech to bę­dzie zwy­kłe nie­po­ro­zu­mie­nie. Do­padł do Magdy i mocno chwy­cił za ra­mio­na.
-Gdzie on jest, sły­szysz? Gdzie jest Gie­nio? – krzy­czał i po­trzą­sał ko­bie­tą.
-Przy­tul mnie Fred! Przy­tul, bo zwa­riu­ję!
Wbrew sobie objął ją. Po­ko­nu­jąc wstręt i obrzy­dze­nie, zro­bił to pierw­szy raz od pię­ciu lat, a ona przy­lgnę­ła do niego całym cia­łem. Drża­ła. Kiedy ją po­znał gar­dził nią bo była dziw­ką. Gdy­bym był al­fon­sem i zgar­niał dolca od każ­de­go z kim była jeź­dził­bym no­wiut­kim mer­cem, a ta buda by­ła­by moją wła­sno­ścią – drwił na całe ka­sy­no ku ucie­sze współ­gra­czy. Póź­niej po­znał jej hi­sto­rię i było mu jej żal. Cięż­ko być sie­ro­tą, jesz­cze cię­żej sie­ro­tą, która w po­szu­ki­wa­niu cie­pła i mi­ło­ści tra­fia na męża sa­dy­stę. Już le­piej pusz­czać się i li­czyć na sie­bie. Dawał pie­nią­dze i śmiał się gdy z rzad­ka coś wy­gra­ła. Jesz­cze póź­niej zro­bił jej dziec­ko. W pięć­dzie­sią­te uro­dzi­ny, kiedy napił się pierw­szy raz od czte­rech lat i po­szedł z nią. Nie wni­kał jego, czy nie jego, choć ko­le­dzy szy­dzi­li. Po raz pierw­szy po­ko­chał żywą isto­tę i po raz pierw­szy stał się za kogoś od­po­wie­dzial­ny. Oczy­wi­ście nigdy przed nikim sło­wem nie za­jąk­nął się na ten temat, ale czuł, że robi co na­le­ży. Ona za­ję­ła się dziec­kiem, on grał. Ro­dzi­nę trze­ba było utrzy­mać, a nic in­ne­go nie umiał.
-Już do­brze. Trze­ba dzia­łać. Opo­wiedz co się stało. – Chciał po­gła­dzić Magdę po gło­wie, ale szyb­ko od­su­nął ją od sie­bie, kiedy po­czuł pod pal­ca­mi lepką maź. Spoj­rzał na rękę i zo­ba­czył krew. – Mów, co się stało. Dla­cze­go masz krew we wło­sach?
Magda cha­otycz­nie za­czę­ła opo­wia­dać, jak to Gie­nio prze­spał całe po­po­łu­dnie, bo zmę­czył go upał i po­ran­ne pla­żo­wa­nie. Póź­niej się zbu­dził, na samą ko­la­cję, na­stęp­nie długo oglą­dał bajki i w ogóle nie chciał spać. To wzię­ła go na spa­cer z ro­wer­kiem, bo po ro­wer­ku za­wsze był wy­koń­czo­ny i spał jak za­bi­ty. Fre­do­wi włosy się zje­ży­ły na dźwięk wy­ra­zu „za­bi­ty”. Przy­szli tutaj, mały jeź­dził, ona pa­trzy­ła na usy­pia­ją­ce morze i wtedy nagle po­czu­ła silny ból w gło­wie, taki nie do znie­sie­nia i chyba ze­mdla­ła. Ock­nę­ła się, a chłop­ca nie było, tylko ro­we­rek. Fred spoj­rzał na sa­mot­ny, mały ro­we­rek sto­ją­cy tuż przy ba­rier­ce i po­czuł łzy na­pły­wa­ją­ce do oczu. Nie mógł się roz­kle­ić. Gie­nio gdzieś musi być i może boi się teraz. Szyb­ko wyj­rzał przez ba­rier­kę. Woda ła­god­nie omy­wa­ła pale pod­trzy­mu­ją­ce molo.
-Idź w prawo. Prze­szu­kaj pięć­set me­trów plaży i wołaj go przez cały czas. Za­dzwoń, jak coś znaj­dziesz, choć­by ciu­szek, co­kol­wiek. Ja pójdę w lewo – za­rzą­dził.
Bie­giem udał się na swoją część plaży. Z po­cząt­ku jego krzy­ki prze­pla­ta­ły się z na­wo­ły­wa­nia­mi Magdy, po chwi­li sły­szał już tylko wła­sny, nie­na­tu­ral­nie brzmią­cy głos i fale wdzie­ra­ją­ce się na brzeg. Chciał być ra­cjo­nal­ny i sku­tecz­ny w dzia­ła­niu, chciał jak naj­szyb­ciej zna­leźć chłop­ca i utu­lić go do snu. Tym­cza­sem wy­obraź­nia znowu upo­mnia­ła się o uwagę i Fred chcąc nie chcąc śle­dził jej pro­jek­cje. Skąd ta krew na wło­sach? Roz­bi­ła głowę, jak upa­dła? Zaraz, mó­wi­ła coś o bólu nie do znie­sie­nia. To moż­li­we, że ktoś ją ogłu­szył i za­brał Gie­nia? A jeśli nawet, to kto i po co miał­by to robić? To nie­do­rzecz­ne! Chyba, że Rubin! On jeden mógł­by mieć powód, a jed­no­cze­śnie jest wy­star­cza­ją­co po­rą­ba­ny! – Fred omal nie upadł, kiedy ko­lej­ne ele­men­ty zło­ży­ły się w spój­ną ca­łość. Zja­wił się tak nagle i skąd wie­dział, że tu będę? I te jego oczy. Chciał, żebym z nich wy­czy­tał, że oto nad­szedł czas za­pła­ty i wcale nie cho­dzi o dług, tylko o zdra­dę. Fred za­nie­chał po­szu­ki­wań na plaży. Zro­zu­miał, że traci czas. Pędem ru­szył z po­wro­tem do Gran­da. Za­dzwo­nił do Magdy, żeby wra­ca­ła do po­ko­ju i cze­ka­ła na niego. Wpadł do ka­sy­na jak osza­la­ły i na­tych­miast przy­sko­czył do Ru­bi­na. Zro­bił to tak szyb­ko, że go­ry­le nie zdą­ży­li za­re­ago­wać. Strze­lił Ru­bi­na z całej siły w twarz, zwa­lił z krze­sła na pod­ło­gę, ko­la­na­mi przy­gniótł klat­kę pier­sio­wą i krzy­czał:
-Gdzie jest Gie­nio, skur­wy­sy­nu! Oddaj mo­je­go chłop­ca. Gdzie on jest? Gadaj bo...
Nie do­koń­czył. Ogrom­na ręka za­ci­snę­ła się na jego karku. Jeden z go­ry­li pod­niósł Freda jak ko­cia­ka. Miaż­dżył mu kark i do­dat­ko­wo wy­krę­cił rękę. Drugi ochro­niarz pod­niósł szefa i otrze­py­wał mu gar­ni­tur. Na sali zro­bi­ło się nie­złe za­mie­sza­nie. Przy­pad­ko­wi gra­cze chył­kiem wy­my­ka­li się z ka­sy­na. Sta­rzy wy­ja­da­cze radzi byli, że coś się po­dzia­ło i żywo ko­men­to­wa­li zaj­ście. Kie­row­nik z ochro­ną na­ra­dza­li się nad ko­niecz­no­ścią in­ter­wen­cji i jej ewen­tu­al­ną formą. Usta­li­li, że grzecz­nie, ale sta­now­czo po­pro­szą skon­flik­to­wa­ne stro­ny o opusz­cze­nie ka­sy­na. Ode­tchnę­li z ulgą, kiedy zo­ba­czy­li, że go­ry­le Ru­bi­na cią­gną Freda ku wyj­ściu. Pro­blem roz­wią­zał się sam. Gło­wac­ki wes­tchnął, rzu­cił karty i wstał od stołu. Nie mógł do­pu­ścić do awan­tu­ry, no i trze­ba było pomóc Fre­do­wi. Na ze­wnątrz Fred za­in­ka­so­wał dwa w szczę­kę oraz jeden w splot, tak na wszel­ki wy­pa­dek, na uspo­ko­je­nie. Sy­cząc z bólu, z per­spek­ty­wy chod­ni­ka pa­trzył na zbli­ża­ją­ce się buty Ru­bi­na.
-Cał­kiem cię po­je­ba­ło Fred? Tak wi­tasz sta­re­go przy­ja­cie­la?
-Od­daj mi syna Rubin. Nasze spra­wy za­ła­twiaj ze mną, mały nic ci nie zro­bił – wy­chry­piał.
-Nie mów mi co mam robić! Na­pa­dasz na mnie przy lu­dziach, upo­ka­rzasz i jesz­cze śmiesz pysk otwie­rać! Po­wi­nie­nem cię zabić, stary dur­niu. Nikt tak ze mną nie gra!
-Zro­bisz co ze­chcesz, tylko oddaj mi chłop­ca.
-Mózg ci się za­go­to­wał na słoń­cu, Fred? Szczam na two­je­go ba­cho­ra i tą kurwę, jego matkę. Je­stem biz­nes­me­nem, nie niań­ką.
-Ru­bin, bła­gam cię!
-Ten znowu swoje! – zi­ry­to­wa­ny chciał kop­nąć le­żą­ce­go, ale po­wstrzy­mał go ko­mi­sarz Gło­wac­ki.
-Wy­star­czy! – za­grzmiał dźwięcz­nym ba­ry­to­nem. – Gub się ze swo­imi kun­dla­mi Rubin. Jeden z kun­dli wi­docz­nie po­czuł się do­tknię­ty epi­te­tem. Za­ci­snął pię­ści i ru­szył na ko­mi­sa­rza. Ten pstryk­nął w niego pa­lo­nym pa­pie­ro­sem, wyjął broń i prze­ła­do­wał.
-Na­wet o tym nie myśl, faj­fu­sie!
-Zo­staw – po­le­cił Rubin go­ry­lo­wi. - Spa­da­my! A z tobą Fred jesz­cze nie skoń­czy­łem.
Kiedy znik­nę­li, Gło­wac­ki po­mógł Fre­do­wi ze­brać się z chod­ni­ka. Usie­dli na kra­węż­ni­ku. Za­pa­li­li.
-Masz mi coś do po­wie­dze­nia?
-Gie­nio znik­nął. Myślę, że ten świr go po­rwał. Za długi i za to, że sku­ma­łem się z Brzy­twą – wy­znał Fred. Póź­niej opo­wie­dział ze szcze­gó­ła­mi co i jak, choć sam wie­dział nie­wie­le, a więk­szo­ści tylko się do­my­ślał.
-Pa­weł, pomóż mi go zna­leźć, pro­szę cię – za­koń­czył i roz­pła­kał się. Żal było na niego pa­trzeć, wy­glą­dał okrop­nie – staro i bez­rad­nie.
Ko­mi­sarz Paweł Gło­wac­ki po­kle­pał Freda po ple­cach i za­czął dzia­łać. Mimo póź­nej pory i braku for­mal­nych prze­sła­nek do przy­ję­cia za­wia­do­mie­nia o za­gi­nię­ciu dziec­ka, dwa­dzie­ścia minut póź­niej nie było w So­po­cie po­li­cjan­ta, który nie szu­kał­by Gie­nia. Każdy otrzy­mał po­bra­ne z te­le­fo­nu Freda zdję­cie chłop­ca i każdy usły­szał, że spra­wa ma sta­tus prio­ry­te­tu, a szef oso­bi­ście jest w nią za­an­ga­żo­wa­ny. Rze­czy­wi­ście Gło­wac­ki chciał pomóc. Przede wszyst­kim sam był ojcem, więc wie­dział co musi czuć Fred. Inna rzecz, że po ćwierć­wie­czu nada­rzy­ła się wresz­cie oka­zja żeby spła­cić dług. W końcu to dzię­ki Fre­do­wi był dzi­siaj, kim był. Kiedy się po­zna­li, do­pie­ro za­czy­nał przy­go­dę z po­li­cją, a przez ręce Freda prze­pły­wa­ło wów­czas wię­cej wa­lu­ty, niż miał w re­zer­wie Na­ro­do­wy Bank Pol­ski. Bez­błęd­nie wy­czuł co się świę­ci, kiedy pierw­sze fał­szyw­ki po­draż­ni­ły wy­czu­lo­ne opusz­ki jego pal­ców. Nie pod­niósł alar­mu i nie pró­bo­wał za­ła­twić spra­wy po swo­je­mu, jak nie­raz by­wa­ło w przy­pad­ku drob­nych lesz­czy. In­stynkt pod­po­wie­dział mu, że kroi się coś gru­be­go. Za­dzwo­nił do Gło­wac­kie­go, któ­re­go po­znał na po­ker­ku za­le­d­wie kilka dni wcze­śniej i stało się tak, że roz­pra­co­wa­li skan­dy­naw­ski gang, który po­sta­no­wił wy­prać w Pol­sce kilka ba­niek fał­szy­wych do­la­rów. Fred od­zy­skał spo­kój w pracy i bez­pie­czeń­stwo trans­ak­cji, a Gło­wac­ki za­czął robić bły­ska­wicz­ną ka­rie­rę. Dziś był sze­fem kry­mi­nal­nej i nadal nie wie­dział, dla­cze­go Fred za­dzwo­nił wła­śnie do niego. Raz za­py­tał. Ze wszyst­kich psów, jakie znam, masz naj­mniej durny pysk, a twój tu­bal­ny głos brzmi po­czci­wie i budzi za­ufa­nie – usły­szał. Wię­cej nie pytał, ale wie­dział, że dług jaki miał u Freda, cięż­ko bę­dzie spła­cić. Cho­ciaż w kil­ka­dzie­siąt minut po­sta­wił na nogi całą po­li­cję, dłu­go­let­nie do­świad­cze­nie pod­po­wia­da­ło, że nie ma to więk­sze­go sensu. Wie­dział jed­nak ile na­dziei wlewa taka akcja w serce zroz­pa­czo­ne­go ro­dzi­ca. Przy oka­zji znaj­dą się ja­kieś ku­rew­ki i ćpuny, które ze­rwa­ły się z domów na wa­ka­cje, więc za­wsze jakiś po­ży­tek. Jeź­dzi­li po mie­ście, spraw­dza­li roz­ma­ite ad­re­sy, wy­słu­chi­wa­li mel­dun­ków przez po­li­cyj­ne radio i nic, ani śladu Gie­nia. Ko­mi­sarz wie­dział, że klu­czo­we dla roz­wią­za­nia za­gad­ki będą ze­zna­nia matki chłop­ca i to, co uda wy­ci­snąć się z Ru­bi­na. Było jed­nak za wcze­śnie. Do Magdy przed ofi­cjal­nym prze­słu­cha­niem wy­słał Martę, po­li­cyj­ne­go psy­cho­lo­ga. Za­wsze to le­piej, jak baby po­ga­da­ją sobie od serca. Na ko­men­dę we­zwie ją póź­niej. Ru­bi­na z kolei kazał śle­dzić. Może po­peł­ni jakiś błąd, zdra­dzi się czymś i sam do­pro­wa­dzi ich do chłop­ca. Na biegu spraw­dza­no też po­łą­cze­nia jakie wy­ko­nał z ko­mór­ki i po­ko­ju, w któ­rym się za­trzy­mał. Około szó­stej Gło­wac­ki od­wiózł Freda do ho­te­lu. Wię­cej pomóc nie mógł, a wy­glą­dał jak gówno, któ­rym gar­dzą nawet muchy.
-Prze­śpij się tro­chę.
-Jak coś bę­dziesz miał...
-Ja­sna spra­wa! Teraz już idź. Ja jadę prze­słu­chać Ru­bi­na. Ka­za­łem za­wi­nąć go w noc­nym klu­bie, w Gdań­sku. Już go wiozą.
-Jadę z tobą!
-Nie. Prze­szka­dzał­byś tylko. Je­ste­śmy w kon­tak­cie Fred. Znaj­dzie­my go.
Fred do­to­czył się do po­ko­ju. Do­pie­ro teraz po­czuł jaki jest zmę­czo­ny. Wszyst­ko go bo­la­ło, ale naj­gor­sza była głowa. W niej to­czy­ła się nie­usta­ją­ca walka, a Fred prze­gry­wał ją w każ­dej mi­nu­cie, kiedy nie było przy nim Gie­nia. Od­świe­żył się i cięż­ko runął na łóżko. Cho­ciaż był po­twor­nie zmę­czo­ny, nie mógł, a może bał się za­snąć. Gdy tylko przy­my­kał oczy, pod pul­su­ją­cy­mi po­wie­ka­mi zja­wiał się Gie­nio, a on nie mógł mu pomóc. W wizji nie roz­po­zna­wał ni­cze­go, co choć­by o mi­li­metr przy­bli­ża­ło­by go do synka. Wstał, ubrał się, za­pa­rzył kawę. Nie mógł zna­leźć pa­pie­ro­sów, więc po cichu wszedł do sy­pial­ni. Nie spała. Stała przy oknie, pa­trzy­ła na morze.
-Cią­gle nic – rzu­cił sucho.
Wziął le­żą­ce na łóżku pa­pie­ro­sy. Chciał za­brać całą pacz­kę. W końcu wyjął trzy sztu­ki, resz­tę z po­wro­tem ci­snął na łóżko.
-Znaj­dzie­my go. Gło­wac­ki to dobry glina.
Wypił kawę, wy­pa­lił ko­lej­no wszyst­kie trzy pa­pie­ro­sy i wy­szedł. Po­wie­trze było rześ­kie o tej porze. Włó­czył się bez celu, ku­sząc los, li­cząc na jakiś znak, na co­kol­wiek. Nic się jed­nak nie wy­da­rzy­ło. Przy­sta­nął przed ko­ścio­łem gar­ni­zo­no­wym. Ile to już lat nie za­glą­dał do ko­ścio­ła? Pew­nie ze dwa­dzie­ścia albo le­piej. Je­dy­ne co ko­ja­rzył na pewno, to ślub z pierw­szą żoną. Czyż­by więc trzy­dzie­ści lat? Czte­ry lata temu miał być na chrzci­nach Gie­nia, ale za­po­mniał się i nie zdą­żył. „Ze­ro­wy” wcho­dził jak na­tchnio­ny – oddał cały dług Ru­bi­no­wi, do tego dwa mniej­sze i w że­to­nach miał do­brych pięć­dzie­siąt ty­się­cy. Nie ża­ło­wał, choć było mu głu­pio, a Magda pła­ka­ła. Ro­zej­rzał się jak zło­dziej i wszedł do ko­ścio­ła. Było cicho i jakoś tak – Fred nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wied­nie­go słowa. Usiadł w ostat­niej ławce i za­stygł. W my­ślach pró­bo­wał zmó­wić jakąś mo­dli­twę, ale nie po­tra­fił. Pa­mię­tał tylko po­cząt­ki. Może na głos po­szło­by le­piej – po­my­ślał – tak siłą roz­pę­du? Nie od­wa­żył się jed­nak. Czuł się tak wiel­kim grzesz­ni­kiem, że wsty­dził się ode­zwać do Boga. Po co wła­ści­wie tu wsze­dłem, za­sta­na­wiał się, no po co? – Drogi Boże! Wła­ści­wie nawet nie wiem, czy w cie­bie wie­rzę. Gdy­bym wie­rzył, bał­bym się cie­bie i dla świę­te­go spo­ko­ju prze­strze­gał­bym twych praw. Jed­nak za­wsze byłem głupi, więc i tu mo­głem coś po­krę­cić. Jak pew­nie wiesz, je­stem ha­zar­dzi­stą. No wła­śnie, gdy­byś był, czy po­zwo­lił­byś mi tak zmar­no­wać życie? Nie dał­byś mi ja­kie­goś ostrze­że­nia, znaku? Po­wiesz wolna wola, zgoda, ale czy przy­jem­nie ci pa­trzeć, jak twoje dziec­ko się sta­cza. Mniej­sza z tym. Dla mnie i tak za późno. Przy­sze­dłem w spra­wie Gie­nia, mo­je­go synka. Taki mały, śmiesz­ny blon­da­sek, na pewno wiesz który. Znik­nął gdzieś wczo­raj, a jest taki ma­lut­ki i bez­rad­ny jesz­cze. Pomóż mi go zna­leźć, bła­gam cię. To, że go mam, to je­dy­na dobra rzecz, jaka mnie w życiu spo­tka­ła, nie od­bie­raj mi tego. Mnie ukarz, jego nie masz za co. A jeśli nie chcesz karać, przyj­mij cho­ciaż przy­się­gę sta­re­go czło­wie­ka. Do końca życia nie prze­kro­czę progu ka­sy­na, tylko mi go oddaj! Umilkł pod cię­ża­rem wy­po­wie­dzia­nych słów. Nie pla­no­wał żad­nych de­kla­ra­cji, tym­cza­sem stało się. Dla tego gnoj­ka wy­rze­kał się wła­śnie ca­łe­go swo­je­go życia! Wi­docz­nie tak trze­ba. Może to znak, o któ­rym my­śla­łem przed chwi­lą? Niech się dzie­je co chce, byle mały zna­lazł się cały i zdro­wy!
Ko­ściół po­dzia­łał ko­ją­co na Freda, dodał otu­chy. Spo­dzie­wał się, że teraz to już kwe­stia minut i Gie­nio wróci. Spoj­rzał na ze­ga­rek. No wła­śnie, dla­cze­go ko­mi­sarz nie dzwo­ni? Jest już po dzie­sią­tej.
Paweł Gło­wac­ki miał cięż­ki orzech do zgry­zie­nia. Tak bar­dzo chciał pomóc, a nie miał po­rząd­ne­go punk­tu za­cze­pie­nia. My­ślał in­ten­syw­nie i nie­zwy­kle ra­cjo­nal­nie po­mi­mo nie­prze­spa­nej nocy. Tak na­praw­dę Rubin jako je­dy­ny miał motyw. Fred wisi mu kasę i zdra­dził go, to fakt. Z dru­giej stro­ny do­pie­ro wy­szedł z pier­dla. Ry­zy­ko­wał­by? A jeśli nawet, to po co ta mi­sty­fi­ka­cja? Żad­nych żądań, nic, a prze­cież wi­dział Freda. Do tej pory dałby już do zro­zu­mie­nia, że ma ma­łe­go i po­wie­dział­by czego chce. Za duży na­rwa­niec z niego, żeby roz­gry­wać to na zimno. Coś tu śmier­dzi. Prze­słu­cha­nie trwa­ło już czte­ry go­dzi­ny, a Rubin nie wy­po­wie­dział choć­by słowa, które wią­za­ło­by go ze spra­wą. Jesz­cze bar­dziej ja­ło­wo wy­glą­da­ły to­czą­ce się rów­no­le­gle w są­sied­nich po­ko­jach prze­słu­cha­nia go­ry­li Ru­bi­na. Je­dy­ny­mi py­ta­nia­mi, na które od­po­wie­dzie­li, były te o per­so­na­lia, po­zo­sta­łych zda­wa­li się nie ro­zu­mieć i kon­se­kwent­nie mil­cze­li. Gło­wac­ki nie chciał tra­cić wię­cej czasu na Ru­bi­na. Śledz­two nie po­su­wa­ło się, a chłop­ca wciąż nie było.
-Ja wiem, że mendy two­je­go po­kro­ju za­ła­twia­ją sobie alibi, zanim jesz­cze coś prze­skro­bią, ale je­że­li masz coś wspól­ne­go z za­gi­nię­ciem ma­łe­go, do­wiem się o tym – obie­cał ko­mi­sarz gło­sem jesz­cze niż­szym, niż za­zwy­czaj i zaj­rzał w oczy Ru­bi­no­wi.
-Nie lubię kło­po­tów i nie chcę kło­po­tów – znu­dzo­nym gło­sem od­parł tam­ten.
-Wo­lał­bym, że­by­ście za­ła­twia­li swoje spra­wy u sie­bie. Skoro już upar­li­ście się, że Grand jest wa­szym wa­ka­cyj­nym ka­sy­nem, za­cho­wuj­cie się tak, że­by­śmy w in­nych oko­licz­no­ściach niż poker się nie spo­ty­ka­li.
-Ro­zu­miem, że mogę już iść ko­mi­sa­rzu?
-Tak.
-Co pan powie na pe­wien eks­pe­ry­ment?
-Spie­przaj!
Gło­wac­ki za­pa­lił pa­pie­ro­sa i roz­siadł się w fo­te­lu ob­ro­to­wym. Ob­my­ślał ko­lej­ny ruch, kiedy po krót­kim pu­ka­niu do po­ko­ju we­szła Marta.
-Kiep­sko wy­glą­dasz ko­mi­sa­rzu – uśmiech­nę­ła się i usia­dła na krze­śle, na któ­rym przed chwi­lą sie­dział Rubin.
-Co ty po­wiesz! Może za­miast pie­przyć trzy po trzy, dla od­mia­ny po­wiesz coś, czego nie wiem?
-Ej, ko­mi­sa­rzu! Tro­chę em­pa­tii.
-Za­pa­lisz? – pchnął po biur­ku pacz­kę pa­pie­ro­sów.
-Od razu milej, praw­da? Ogień?
Rzu­cił ko­bie­cie za­pal­nicz­kę. Przez chwi­lę pa­li­li w mil­cze­niu.
-Ja­kieś po­stę­py? – za­py­ta­ła ona.
-Ra­czej co­fa­my się. Wła­śnie wy­klu­czy­łem Ru­bi­na z kręgu po­dej­rza­nych. Trze­ba we­zwać matkę chłop­ca, może ona zezna coś, co nas na­pro­wa­dzi. W ja­kiej jest for­mie? Można ją prze­słu­chać?
-Trud­no po­wie­dzieć. Wiesz, ona w ogóle nie oka­zu­je emo­cji. Nie pła­cze, nie krzy­czy, jakby nic nie czuła. Za­mknę­ła wszyst­ko w sobie, pierw­szy raz widzę coś ta­kie­go.
-Co to może zna­czyć?
-Sama nie wiem.
-Mó­wi­ła coś co może nam się przy­dać?
-Ra­czej nie. Nie wiem, czy jest go­to­wa na prze­słu­cha­nie. Z jed­nej stro­ny niby roz­ma­wia rze­czo­wo, ale za chwi­lę masz wra­że­nie, że zu­peł­nie nie wie o czym mówi. Może to jesz­cze szok.
-Ja­kiś przy­kład?
-Niech po­my­ślę. Ma roz­bi­tą głowę, mówi, że po­czu­ła silny ból, ale nie po­tra­fi okre­ślić jego źró­dła, nie wie, czy po­cho­dził z ze­wnątrz, od ude­rze­nia dajmy na to, czy to jakiś atak we­wnętrz­ny. Tak samo z tymi męż­czy­zna­mi.
-Ja­ki­mi męż­czy­zna­mi?
-Tymi od Ru­bi­na. Niby wi­dzia­ła ich do­brze, bo prze­cho­dzi­ła koło nich, ale w ogóle nie po­tra­fi ich opi­sać, ani nawet po­wie­dzieć w co byli ubra­ni.
-Co po­wie­dzia­łaś! – wy­krzyk­nął Gło­wac­ki i ze­rwał się na równe nogi. Wy­biegł z biura nim Marta zdą­ży­ła po­wtó­rzyć ostat­nie słowa. Po chwi­li pę­dził na sy­gna­le uli­ca­mi So­po­tu. Tylko fakt, że moż­li­wość taką z góry mu­siał­by uznać za nie­do­rzecz­ną, tłu­ma­czył, dla­cze­go nie po­le­cił jesz­cze w nocy spraw­dzić za­pi­su z mo­ni­to­rin­gu przy molo. Teraz wpa­try­wał się w mały ekran i nie do­pusz­czał do sie­bie, że to co na nim widzi jest praw­dą. Za­dzwo­nił po ekipę nur­ków i sam udał się w stro­nę plaży. W ho­te­lu nie za­stał ani Magdy, ani Freda. Wyj­rzał przez okno. Ekipa nur­ków roz­po­czę­ła po­szu­ki­wa­nia. Idąc na plażę przy molo, mu­siał prze­dzie­rać się przez spory już tłum ga­piów. Kiedy zo­ba­czył Freda, chciał za­wró­cić, uciec, ale było za późno. Fred z twa­rzą wy­krzy­wio­ną bólem pod­szedł do ko­mi­sa­rza. Drżą­cym gło­sem za­py­tał:
-Pa­weł, co oni tu robią? Czy to ma jakiś zwią­zek z ...
-Po­słu­chaj Fred. Oba­wiam się...
-Nie Paweł, ja nie chcę tego słu­chać – za­ci­snął dło­nie na uszach, przedarł się przez tłum ga­piów i po­biegł na molo. Na sy­gnał Gło­wac­kie­go, prze­pusz­czo­no go. Po­biegł do­kład­nie w miej­sce, gdzie pra­co­wa­li nur­ko­wie. Ko­mi­sarz prze­szedł pod taśmą po­li­cyj­ną i sta­nął przy samej wo­dzie. Nie to­wa­rzy­szy­ły mu żadne emo­cje, na nic już nie cze­kał. Znał wynik po­szu­ki­wań i był bez­sil­ny. Kil­ka­na­ście minut póź­niej z odrę­twie­nia wy­rwał go dźwięk po­wta­rza­ne­go przez jed­ne­go z po­li­cjan­tów wy­ra­zu:
-Ko­mi­sa­rzu, ko­mi­sa­rzu, ko­mi­sa­rzu.
Od­wró­cił się i zo­ba­czył Magdę, pró­bu­ją­cą wy­mi­nąć po­li­cjan­ta.
-Puść – na­ka­zał.
Magda po­de­szła i sta­nę­ła obok niego. Mil­cza­ła tylko i pa­trzy­ła w morze.
-Ni­ko­go tam nie było, praw­da? – za­gad­nął po chwi­li.
Po­twier­dzi­ła ski­nie­niem głowy.
-I nie był to nie­szczę­śli­wy wy­pa­dek?
-Nie.
-Chcesz opo­wie­dzieć, co się stało?
Znowu cisza, a po niej krzyk nurka – Mamy, wy­cią­gaj­cie! Chwi­la na­pię­cia i ciało chłop­ca wy­lą­do­wa­ło w łódce. Było sine, a do nóżek miało przy­twier­dzo­ne cię­żar­ki na rzepy, któ­rych Magda uży­wa­ła do ćwi­czeń. Fred wydał z sie­bie zwie­rzę­cy okrzyk i po­biegł na plażę.
-Coś ty zro­bi­ła, Magda! Na mi­łość boską, coś ty zro­bi­ła!
-Do­brze ci tak! – syk­nę­ła przez zęby.
-Opa­mię­taj się wa­riat­ko! Co mó­wisz?
-My­ślisz, że je­steś świę­ty, że mi po­mo­głeś? Otóż nie! Wo­la­ła­bym dalej pusz­czać się i nie my­śleć o ni­czym, niż cze­kać na cie­bie i twoją li­tość. Łu­dzić się, że może mnie za­uwa­żysz, po­ko­chasz.
-O czym ty mó­wisz ko­bie­to, opa­mię­taj się!
-Po­ko­cha­łeś go, za­miast mnie. I za co? Nawet nie wiesz, czy był twój.
-Za­milcz, na Boga!
-Ukra­dłeś mi całe moje życie i li­czy­łeś na wdzięcz­ność? Idź do dia­bła, zło­dzie­ju i zdech­nij w sa­mot­no­ści. To moja ze­msta. Nie bę­dziesz miał ni­ko­go!
Osza­la­ły Fred rzu­cił się na Magdę. Prze­wró­cił ją, chwy­cił za gar­dło i za­czął topić. Ko­mi­sarz pró­bo­wał go od­cią­gnąć, choć w głębi duszy ży­czył ko­bie­cie śmier­ci. Nie po­wstrzy­my­wał, wręcz po­czuł ulgę, kiedy Fred zwin­nym ru­chem wy­rwał mu broń z ka­bu­ry pod pachą, od­bez­pie­czył i wy­ce­lo­wał.
-Od­suń się, cie­bie to nie do­ty­czy, wszy­scy się wy­no­ście – krzyk­nął i oddał strzał w po­wie­trze. Tłum ga­piów roz­biegł się, zdez­o­rien­to­wa­ni po­li­cjan­ci cze­ka­li roz­ka­zów ko­mi­sa­rza. Fred wró­cił do Magdy i strze­lił jej pro­sto w głowę. Po chwi­li pi­sto­let wy­padł mu z ręki, a on osu­nął się na ko­la­na.
-Idę do cie­bie mój mały..., nic się nie bój. Tata już idzie... .

Gdyby cho­dzi­ło o kogoś in­ne­go, pew­nie by­ło­by po spra­wie, ale Fred nawet umrzeć nie po­tra­fił jak na­le­ży. Z za­wa­łu wy­li­zał się po mie­sią­cu, z za­bój­stwa po kilku na­stęp­nych. Oko­licz­no­ści zda­rze­nia przy wy­dat­nej po­mo­cy Gło­wac­kie­go pod­cią­gnię­to pod afekt i Fred był wolny. W oko­li­cach gwiazd­ki tra­fił szczo­dre­go je­le­nia, więc po­sta­wił Gie­nio­wi mały po­mnik. Czę­sto od­wie­dza synka. Prze­waż­nie nad ranem, kiedy sa­mot­ny wraca z ka­sy­na.

 

Ostatnio opublikowane
Sebastian Steranka
Dawno temu do serca wziąłem sobie słowa Hemingwaya o tym, że mówić uczymy się przez dwa lata, a milczeć przez kolejnych pięćdziesiąt. Ja chciałem wyrobić się wcześniej i to się udało. Z pisaniem jest zgoła inaczej. Za słowa przelane na papier trzeba brać odpowiedzialność.
czytaj więcej