Wywiad z Tomaszem Kotem

S.S. - To pierwszy wywiad do zachodniej prasy?

T. K. - Rok temu byliśmi w Belfaście promować „Testosteron“. Rozmawiałem tam z kilkoma ludźmi, więc chyba nie jest to pierwszy kontakt z prasą poza granicami kraju. Nie jest to jednak sytuacja zwyczajna i codzienna.

S.S - Skoro nie pierwszy, miejmy nadzieję, że wyjdzie najlepszy. Byłeś w Szkocji, albo masz jakieś „szkockie” doświadczenia?

T.K. - Moja siostra, Kasia, mieszka w Edynburgu. Ma tam męża, niejakiego Stevena, który jest przesympatycznym gościem. Jak tylko jest okazja, to się odwiedzamy. Jakieś dwa lata temu, zrobiliśmy sobie z żoną zwiedzanie tego kraju, na zasadzie: „jedziemy bez większego planu“. I była to bardzo ciekawa wyprawa. Gdzieś na samym końcu, w jakimś porcie, facet jak się dowiedział że jesteśmy z Polski powiedział: „chljsniem be ujsniem“, co oznaczało, chluśniem bo uśniem. Nasi tu byli, pomyślałem.

S.S. - Twoja popularność emigruje razem z rodakami. Myślałeś kiedyś o tym, że znają Cię ludzie w krajach, w których nawet nie byłeś?

T.K. - Nie zastanawiałem się za bardzo, to znaczy nie skupiałem się na tym, dopóki ostatnio w Londynie nie wszedłem za potrzebą do restauracji. Kiedy zapytałem po angielsku czy mógłbym skorzystać z toalety kelnerka odpowiedziała: „oczywiście panie Tomku“.

S.S. - Jak oceniasz naszą obecność w Unii Europejskiej? Warto było?

T.K. - Jasne, że warto było! I nie ma co gdybać. Największym świństwem, jakie nam się przydarzyło w ostatniej historii, to komuna. Po takiej traumie wejście do Unii jest jak lek.

S.S. - Dostrzegam pewną analogię pomiędzy sytuacją Polaków za granicą, a Twoim zawodem. Zarabiają lepiej, ale nie zawsze robią to, co lubią. Zdarza się, że pracujesz bez przekonania?

T.K. - To wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy pracę. Jeżeli chodzi tylko o pracę z tekstem, na planie, czy w teatrze, to tam raczej zawsze mam do czynienia z własnym przekonaniem. Ale kiedy przyjmiemy, że pracą jest rownież promocja, pojawianie się w programach typu „zupa czy śniadanie“, to zdarza się, że robię coś bez przekonania... .

S.S. - Teatr, film, czy serial. W czym czujesz się jak ryba w wodzie? Jakie są różnice, a jakie podobieństwa pracy nad poszczególnymi gatunkami?

T.K. - Teatr to zdecydowanie największa adrenalina, to kontakt z żywym widzem. Tutaj nie możesz zrobić tego, co możesz zrobić przed kamerą, czyli: „przepraszam, możemy jeszcze raz, pomylilem się“. Bierzesz pełną odpowiedzialność i w tym specyficznym napięciu trwasz czasem kilka godzin. I to jest tak naprawdę najfajniejsze. Kamera wymaga innych cech. Praca przed nią, to przede wszystkim niesamowita precyzja, począwszy od sekundowego wyczucia czasu, aż po centymetrowe ustalenia gdzie wolno stać, a gdzie nie. Także żartów nie ma, ani tam, ani tu!

S.S. - Czy w Polsce możemy mówić o „sztuce filmowej”, czy o wszystkim decyduje rynek?

T.K. - Jest rynek. Po nim poruszają sie ci mniej sprawni i ci bardziej sprawni. Czasem wyjdzie komuś coś dobrego, a czasem coś bardzo dobrego!

S.S. - Gdyby przedstawić Twoją karierę na wykresie, wyszłaby linia nieustannie pnąca się ku górze. Do jakiego punktu chcesz dotrzeć?

T.K. - Kiedyś robiłem różne plany typu: „daję sobie kilka lat na to, lub tamto“. Dzisaj obchodzi mnie tylko najbliższa doba, jej godziny. To z nich składa się tak zwane życie, a to z niego będę rozliczany. Skupiając się na tym, co mnie spotka za dwa lata, mogę nie dostrzec ważnych rzeczy za dwie godziny. Wybierając się w daleką podróż, skupiam się na najbliższej przesiadce. Inaczej mogę pogubić bagaże!

S.S. - Popularność pomaga, czy przeszkadza?

T.K. - Są ciemne strony. Pewien bardzo znany kolega, zapytał mnie kilka lat temu, czy mam jeszcze spokój na ulicy? Odpowiedziałem,że powoli już nie. Wtedy powiedział: „no to zobaczysz, złotówka w twoim wypadku będzie oznaczała trzy złote“. Coś w tym jest...

S.S. - Myślisz o międzynarodowej karierze?

Nie, nie myślę. Chociaż w jednej knajpie w Londynie rozpoznali mnie!

S.S. - Twoim zdaniem Europa ma szanse na zerwanie z dyktatem Ameryki w kinie?

T.K. - W Ameryce powstają filmy najlepsze i najgorsze. Jest też tak, że dobre filmy, które powstają w Europie nie miałyby szans na powstanie w Stanach, więc kto wie?

S.S. - Twoja ulubiona rola?

Każda następna.

S.S. - Rola wymarzona?

T.K. - Każda następna staje się tą wymarzoną. Tak powinno być w ideale. W praktyce zastanawiam się, czy ktoś zaproponuje mi rolę dramatyczną, bo od czasu „Skazanego na bluesa“, nic takiego nie miało miejsca.

S.S. - Jak wypoczywa Tomasz Kot?

T.K. - Jak wcześniej wspomniałem, jeżdżę. Jest jeszcze cały asortyment możliwości operacyjnych wypoczynku, ale tu zachowam milczenie.

S.S. - Najbliższe plany zawodowe? Kiedy i w czym pokażesz się fanom?

T.K. - 8 marca mam premierę w Teatrze Polonia, Krystyny Jandy. Regularnie gram w teatrze na Pradze, „Fabryce trzciny“. W połowie roku kolejny raz będę kręcił „Nianię“. I to jest pewne. Jak zawsze, mnóstwo rzeczy doleci w ostatniej chwili.

S.S. - W tym miejscu jest pytanie, na które zawsze chciałeś odpowiedzieć, a którego nikt dotąd Ci nie zadał.

T.K. - Dlaczego nie lubisz wywiadów? Bo nie można w kilku zdaniach zawrzeć siebie, jeśli w ogóle ktoś chciałby zawierać siebie.

S.S. - Słyniesz z ogromnego poczucia humoru. Na zakończenie rozmowy, proszę o dowcip lub anegdotę, który zadedykujesz czytelnikom „Głosu Polskiego”. Tylko nie o Szkotach!

T.K. - Bij zabij, nic mi do głowy nie przychodzi... , no może pytanie jakie zadała mi koleżanka: co się robi, jak pod myszką stołu zabraknie? Ale nie nalegaj, żebym odpowiedział.

S.S. - Nie będę. Dziękuję za rozmowę.

T.K. - Pozdrawiam wszystkich.

Ostatnio opublikowane
Sebastian Steranka
Dawno temu do serca wziąłem sobie słowa Hemingwaya o tym, że mówić uczymy się przez dwa lata, a milczeć przez kolejnych pięćdziesiąt. Ja chciałem wyrobić się wcześniej i to się udało. Z pisaniem jest zgoła inaczej. Za słowa przelane na papier trzeba brać odpowiedzialność.
czytaj więcej